Home
 Działalność zawodowa
 LINKI - Portale
Mapy Online - Software
HOBBY
Moje Strony
Spitsbergen 1980 >>
[ galeria ] >>
Kajaki
Ski-alpinizm

Andrzej Łaptaś  •••  HOBBY  •••
SPITSBERGEN

Wspomnienia z wyprawy

Po doktoracie, w 1980 roku na wiosnę wyjechałem z wyprawą organizowaną przez Instytut Geofizyki PAN na Spitsbergen (byłem "kierownikiem" dwuosobowej grupy geologicznej). Mieszkaliśmy w byłej osadzie rosyjskich wielorybników (później chatce traperskiej) Konstantinovka - po przeciwnej stronie fiordu Hornsund niż Polska Baza Polarna.
Foto  →
Przed wyjazdem musieliśmy podpisać zobowiązanie, że na Spitsbergenie nie będziemy utrzymywać kontaktów z obywatelami zachodniego świata, a o przebiegu ewentualnych koniecznych kontaktów będziemy sprawozdawać Kierownikowi Wyprawy (pewnie w ten sposób stałem się TW i mam swoją teczkę w IPN-ie).

Podróż morska

Wypływaliśmy w czerwcu 1980 roku z Gdyni - w porcie i stoczni już było niespokojnie; istniał już Komitet Strajkowy - o ile wiem władze Akademii nawet musiały się starać o akceptację Komitetu dla naszych działań w porcie. Płynęliśmy statkiem szkolnym M/S Garnuszewski - na pokładzie było około 100 uczniów Szkoły Morskiej z Gdyni i nasza kilkudziesięcioosobowa Wyprawa. Kierownik naszej wyprawy zgodził się na to, że uczestnicy będą pełnić wachty marynarskie - głównie w kambuzie - po prostu musieliśmy od czasu do czasu zmywać naczynia. Nie było to bardzo przyjemne - zwłaszcza gdy statek mocno kołysał na Morzu Północnym. Statek był co prawda wyposażony w boczne stabilizatory kołysania - ale nie pomagało to na rozkołys wzdłuż osi statku. A na Morzu Północnym były spore fale - kołysało tak, że siedząc w mesie przy posiłku, przez tylne duże bulaje na rufie statku, widziało się raz morze a raz niebo... M/S Garnuszewski wyposażony był poza tym w aparaturę do nawigacji satelitarnej - była to wtedy wielka nowość w naszej flocie. Gdy mijaliśmy Koło Polarne, morze się uspokoiło i świeciło słońce - nawet niektórzy się opalali na pokładzie. Być może ten nastrój rozleniwienia ogarnął też załogę, bo w pewnym momencie okazało się, że jesteśmy gdzieś zupełnie gdzie indziej niż się naszym nawigatorom zdawało. Objawiło się to mocno nerwowym zachowaniem oficerów wachtowych: po kolei wybiegali na mostek i rozglądali się na wszystkie strony - przez lornetkę i gołym okiem. Pierwszy oficer w pocie czoła usiłował ustalić naszą pozycję sekstansem. Później z zaufanych źródeł dowiedzieliśmy się, że podczas zliczanie pozycji z danych satelitarnych pomylono się ... o dobę... Tak więc gdy wszyscy poddali się słodkiemu lenistwu, M/S Garnuszewski zbliżał się właśnie do niebezpiecznych wybrzeży Spitsbergenu....
Mapa  →

Spitsbergen: Isfjord - Hornsund Polska Baza Polarna
Przybycie - rozładunek

   Ale wszystko skończyło się szczęśliwie - najpierw wpłynęliśmy do Isfjordu, odwiedzając rosyjski Barentsburg (dość ponura osada górnicza ze zrujnowanym portem i normalnymi blokami mieszkaniowymi). Potem zacumowaliśmy w Longyerbyen - norweskiej osadzie górniczej, z ładnym portem, osiedlami małych domków i oczywiście siedzibą norweskiego gubernatora Archipelagu Svalbard. W Longyerbyen jest też jedyne lotnisko pasażerskie na wyspie - muszą z niego korzystać też Rosjanie. Przylatuje wtedy ich helikopter, żeby zabrać rosyjskich pasażerów z wrażej kapitalistycznej ziemi. Opowiadano nam, że czasem któryś z Rosjan ucieka - po prostu musi wejść do budynku lotniska - zamiast do helikoptera...
Mapa  →
   Później już bez przeszkód dotarliśmy do Hornsundu - tu wysadziliśmy na ląd szalupą geograficzną część Wyprawy - mieli oni prowadzić badania w rejonie cypla Palffyodden na lewym brzegu Hornsundu - odwiedzaliśmy się potem wzajemnie (nasza Konstantinovka była położona o dzień drogi wybrzeżem od nich). Gdy płynąc w głąb Hornsundu dotarliśmy na wysokość Polskiej Bazy Polarnej - rozpoczął się rozładunek. Odbywał się on przy pomocy oddziału saperów - którzy w tym celu płynęli z nami - oczywiście byli "incognito" - całkiem nielegalnie (żołnierze LWP w czynnej służbie raczej nie mogą przebywać poza Krajem...). Mieli oni metalowe pontony i małe holowniki - sprzęt używany w akcjach powodziowych w Polsce. Wkrótce przewieziono szalupą naszą ekipę do Bazy - nas - uczestników letniej części wyprawy - zakwaterowano w osobnym, niedawno wybudowanym pawilonie. Zostaliśmy skierowani do pomocy przy różnych pracach w Bazie i na wybrzeżu - przy okazji chcieliśmy dopilnować odbioru naszego bagażu (mieliśmy chyba kilkanaście typowych prostopadłościennych kontenerów z włókna szklanego). Rozładunek odbywał się w pewnym chaosie - okazało się, że część tzw. ekipy technicznej nie ma większego pojęcia o tym, co powinni robić. Sprzęt był przywożony tratwami (zbudowanymi przez saperów z pontonów) oraz szalupami do "portu" (była to po prostu skalista plaża). Tu trzeba było przeładować skrzynie na przyczepy traktorów, które zawoziły je do Bazy. W pewnym momencie kiepsko powożony traktor wjechał za głęboko do wody i utknął. Było to niebezpieczne, bo w Hornsundzie pływy osiągają jakieś 1.50 m różnicy poziomów - a właśnie zaczynał się przypływ. Okazało się szczęśliwie, że jeden z saperów jest po prostu rolnikiem - i ten bez problemu zasiadł za kierownicą i uratował sytuację.
   Później jeszcze byłem świadkiem innej wpadki ekipy technicznej - już na miejscu, w Bazie, trzeba było przemieszczać niektóre kontenery i skrzynie, bo znalazły się w niewłaściwych miejscach. W szoferce dość skomplikowanego wielofunkcyjnego ciągnika zasiadł sam szef ekipy technicznej - miał podjechać do nas, a my mieliśmy mu załadować skrzynię do szerokiej "łyżki" z przodu ciągnika. Czekamy; ciągnik rusza - ale niestety - do tyłu. Druga próba - udało się - prawie - ciągnik walnął w naszą skrzynię - ledwo zdążyliśmy odskoczyć na boki. Teraz już ciągnik jest dobrze ustawiony - trzeba tylko podnieść "łyżkę" trochę do góry. Szef coś tam dłubie w szoferce, coś zgrzytnęło - pamiętam widoczne przez szybę wytężone spojrzenie szefa skierowane na łyżkę - coś się podnosi - ale niestety, niepowodzenie !  Podniosła się zupełnie inna łyżka - z tyłu pojazdu !
   W ciągu następnych kilku dni byliśmy wykorzystani przy usuwaniu śmieci z bazy - praca ciężka no i oczywiście nieprzyjemna. Dodatkowym jej aspektem było, że całkiem nielegalna.  Mianowicie śmieci w ciągu całego roku ładuje się do beczek po paliwie, a potem, latem, zatapia się beczki w głębokim miejscu Zatoki Białego Niedźwiedzia, w pobliżu Bazy - zamiast wywozić je ze Spitsbergenu, do czego byliśmy zobowiązani. Przetaczaliśmy ręcznie beczki i ładowaliśmy na przyczepę ciągnika, lub wprost na tratwy saperskie. Trwało to wiele godzin. W pewnym momencie podszedł do naszej grupy geologicznej Kierownik Wyprawy i zapytał kiedy spaliśmy ostatnio. Po dłuższych obliczeniach okazało się, że pracujemy od 18 godzin bez przerwy. Tak to euforia "białych nocy" i polarnego klimatu całkiem wytrąciła z równowagi nasze zegary biologiczne.
   Po kilku godzinach snu zostaliśmy przewiezieni na drugą stronę fiordu do zatoki Gåshamna - do naszej bazy terenowej - chatki traperskiej zbudowanej wśród ceglanych i drewnianych ruin dawnej rosyjskiej bazy wielorybniczej Konstantinovka. Nie mogliśmy z tym zwlekać, bo była piękna pogoda, a jej załamanie groziło uwięzieniem nas w Bazie nawet na długie tygodnie. W Hornsundzie panują bowiem nawet latem trudne warunki nawigacyjne. Wzajemne oddziaływanie prądów pływowych i fali oceanicznej wdzierającej się głęboko w głąb fiordu uniemożliwia niekiedy pływanie małymi szalupami z psującymi się silnikami. Ponadto przy zmianie warunków pogodowych może nastąpić albo napływ kry lodowej z Oceanu Lodowatego, albo - odwrotnie - "cielenie" się lodowców w Hornsundzie i wypływ wielkich gór lodowych z fiordu (czego byliśmy później świadkami).

W Gåshamnie
Rozładunek - sprzątanie - remonty

   Kierownik wysadził nas na piaszczystej plaży Zatoki, wszyscy pomogli nam wyładować nasze kontenery na piasek, ale następnie oddalili się w głąb lądu na spacer. My pozostaliśmy z naszym bagażem na plaży w odległości około 300 m od chatki, oddzieleni od suchego lądu pasem łach piaszczystych i rozlewisk rzeki lodowcowej wypływającej z lodowca Gås. Koło chatki znaleźliśmy nieco rozwalony wózek metalowy (takich kiedyś używali w Polsce mleczarze). Wózkiem tym woziliśmy kontenery do chatki. Byliśmy zmęczeni, niewyspani, było ciepło w słońcu - postanowiliśmy zmienić taktykę. Ponieważ i tak do wózka nie dało się władować więcej niż jeden kontener i wieźć go było dość lekko, podzieliliśmy się na dwie grupy : jeden woził, a drugi spał na plaży. I tak na zmianę po 15 minut. A zwieźć trzeba było wszystkie kontenery, bo cała plaża była w zasięgu przypływu, a cały obszar lądu pomiędzy plażą a chatką bywał zalewany przy sztormowej pogodzie. Po dobrych kilku godzinach praca była wykonana - poszliśmy w końcu się wyspać do chatki na wygodnych - jak się okazało - pryczach, umieszczonych wysoko pod stropem chatki.
   W następnych dniach rozpoznawaliśmy chatkę i okolice. Mieliśmy w środku niezły piec żelazny z płytą i piekarnikiem - jednym z zajęć było więc gromadzenie, piłowanie i rąbanie zapasów drewna - było to oczywiście drewno dryftowe - które przypływało do nas gdzieś z Syberii zapewne.
Mapa  →
   Sporo czasu zajęło nam porządkowanie wnętrza chatki - podobno zimą niedźwiedź polarny po prostu przeszedł przez chatkę (przebił się przez jedną ścianę, wyszedł przez drugą). Większe szkody zostały przez polarników naprawione, natomiast przedsionek chatki zapełniony kiedyś zapasami żywności przedstawiał dość opłakany widok. Musieliśmy usunąć wymieszane resztki puszek, słoików itp., żeby zrobić miejsce na nasze zapasy.

Prace, wędrówki, spotkania

Większość prac terenowych przeprowadzaliśmy na stokach Tsjebysjovfjellet, wznoszących się bezpośrednio nad Konstantinovką. Niemniej jednak trzeba było odbyć kilka rekonesansów, wycieczek i większych wypadów w głąb wyspy. Część odsłonięć była na stokach Midifjellet - trzeba było podejść wzdłuż moreny czołowej lodowca Gås, wejść na język lodowca, przetrawersować go i wydostać się z niego na stoki Midifjellet. Wydało się nam to bardzo proste; morenę i lodowiec pokonaliśmy łatwo. Dopiero kilka dni później - gdy stopniał śnieg pokrywający lód języka lodowcowego - okazało się, że przeszliśmy po niezbyt grubej pokrywie śnieżnej ponad wieloma sporymi szczelinami... Po tej obserwacji chodziliśmy już znacznie ostrożnie po lodowcach - zwykle związani liną - z. t.zw. "lotną asekuracją".
Aby przeprowadzić badania w rejonie Robitzschfjellet - już na skraju lodowca Bungebreen wypełniającego wnętrze wyspy - musieliśmy najpierw przetransportować sprzęt biwakowy i żywność. Dokonaliśmy tego w jednodniowym rekonesansie - niestety w ulewnym deszczu. Później wyprawiliśmy się na właściwe badania, biwakowaliśmy w namiocie, gotowaliśmy na benzynowym juwlu - było nieźle. Powrót z całym sprzętem i próbami skalnymi mieliśmy niestety znowu w deszczu.
Mapa  →
   Poza ciekawą pracą terenową mieliśmy równie ciekawe spotkania. Odwiedził nas helikopterem Sysselmannen (norweski gubernator Archipelagu Svalbard) - chciał zaznaczyć swoją obecność wobec komunistycznych obywateli na jego terytorium. Wylądowali ślicznym helikopterem na płozach kilka metrów od chatki i miło przywitaliśmy się. W każdym razie - musieliśmy się z całą trzyosobową załogą helikoptera kontaktować - bądź co bądź to oni byli "u siebie". Nawet poczęstowaliśmy my ich kawą "po turecku" (Turek by się uśmiał...).
   Poza tym wpadli do nas na kilka dni Rosjanie - geolodzy (jeden z Leningradu a drugi gdzieś z Syberii). Ciekawy był sposób ich przybycia do nas; wyglądało to trochę jak desant sił specjalnych :
Nadleciał helikopter MI 8, zatoczył koło, wylądował daleko od chatki, otworzyły się drzwi. Z wnętrza helikoptera wyskoczyli dwaj ludzie, za nimi zaczęły wylatywać jakieś pakunki. Następnie ostrożnie wyniesiono jakiś "jaszczik" (drewnianą skrzynkę w zielonym kolorze ogólno wojskowym) - i zanim zdążyliśmy podejść do lądowiska - natychmiast odleciał. Najwyraźniej załoga helikoptera miała całkowity zakaz kontaktów z "inostrancami".
Natomiast z ludźmi którzy zostali "desantowani" przywitaliśmy się grzecznie - w tym wypadku to my byliśmy "u siebie". Starszy wyciągnął rękę, uścisnąłem ją - i nastąpił dość ciekawy dialog:
Poliaki ?
Da, da!
Wysocki umier !


Tak - wiedział on o popularności Włodzimierza Wysockiego wśród Polaków i chciał nam przekazać tą smutną nowinę (Wysocki umarł na zawał serca 25 lipca 1980 roku) .
Linki do stron o Wysockim (z muzyką)  < http://www.astercity.net/~ronhard1 >  < http://vv.uka.ru >  →

   Rosjanie rozbili namiot (też zielony) nieopodal chatki, ale chętnie dali się zaprosić wkrótce na wolną pryczę do nas. Wkrótce zamieszkali z nami właściwie na stałe - z kilkoma wyjątkami: gotowali u siebie w namiocie oraz raz na dobę szli "na spoj". Teraz okazało się co było w tajemniczym zielonym "jaszcziku". Była to radiostacja przez którą wykonywali obowiązkowe kontakty ze swoją władzą. Uważali oni, że operacja "spoju" jest ściśle tajna i zaproponowali nam, żebyśmy naszą operację łączności wykonywali właśnie w tym czasie, kiedy oni wychodzą z chatki na swój "spoj". Nieco się dziwili, kiedy tłumaczyliśmy, że my nie mamy tajemnic w tym względzie - łącząc się od czasu do czasu przez radiotelefon z naszą Bazą Polarną po drugiej stronie fiordu.

Powrót

Wiadomości z Kraju mieliśmy tylko podczas pobytu w Bazie - czyli na początku Wyprawy (gdy byliśmy wykorzystywaniu przez Kierownika jako pracownicy fizyczni do rozładunku statku a potem wywozu śmieci z Bazy), oraz po zakończeniu badań terenowych. Łączność była utrzymywana wyłącznie poprzez Gdynia-Radio - radiostację obsługującą polską flotę.
Na terenie Bazy były rozprowadzane oficjalne komunikaty PAP - mówiące oczywiście o "nielegalnych przerwach w pracy" w kilku miejscach w Polsce. Nieco szerszych informacji o strajkach dostarczał nam "poufnie" Kierownik Wyprawy.
Od czasu do czasu mogliśmy porozmawiać bezpośrednio z rodzinami w Polsce - pamiętając oczywiście o tym, że obsługa radiostacji z obydwu stron jest albo bezpośrednio pracownikami UB, albo przynajmniej dokładnie lojalna wobec władz PRL. Tak więc rozmowy wyglądały mniej więcej tak:
"..Co u was słychać ?..... over....
"U nas wszyscy zdrowi ! ..... over..."

W ten sam sposób dowiedziałem się, że szczęśliwie urodził mi się syn - 25 sierpnia 1980 r.

Podczas powrotu do Polski na pokładzie trawlera S/S Łużyca (tak, tak - S/S czyli "Steam Ship" - parowiec, ale już nowocześniejszy) jeden z marynarzy wręczył mi ulotkę-gazetkę wydaną w jednej ze stoczni, skąd dowiedziałem się pierwszych próbach organizowania Niezależnych Związków Zawodowych.

Wielką atrakcją dla mnie było, że załoga zezwoliła nam na trzymanie wacht przy sterze trawlera. Ja miałem wachtę od 20-tej do 24-tej. W ten sposób "przesterowałem" wzdłuż wybrzeża Lofotów, oraz nocne przejście Skagerrak - Cieśniny Duńskie. M. in. robiłem zwrot wokół latarniowca Skagen - na wysokości N cypla półwyspu Jutlandzkiego. Tutaj drobną wpadkę zaliczyła załoga "Łużycy" - gdy ja zajmowałem się robieniem "zakrętu" wokół Jutlandii - oficerowie i kapitan gorączkowo rozglądali się za światłami owego "latarniowca" i nie mogli ich nigdzie wypatrzyć ! Po dłuższym zamieszaniu ktoś wyciągnął Locję i doczytał, że latarniowca już nie ma od kilku lat - zastąpiła go zwykła latarnia morska.
Zasłużyłem nawet na pochwałę bosmana za to, że sterując na wysokości Lofotów nie dałem się zepchnąć z wyznaczonego kursu mimo bocznego wiatru i silnego prądu. Proponowano mi nawet pomyśleć o zmianie zawodu... Najwyraźniej mam jakiś ukryty morski talent - bo uprzednio sterowałem tylko rowerem, samochodem i kajakiem...

"Łużyca" w drodze zawinęła do portu Hammerfest w północnej Norwegii (niedaleko koła podbiegunowego) i stała tam dwa dni. Zwiedzaliśmy port i miasteczko - jednemu z kolegów udało się kupić najnowszy "Newsweek" z uśmiechniętą wąsatą buźką Wałęsy na okładce.
Do kraju wróciliśmy pod koniec września - jakby już w innej rzeczywistości. Nikt mnie nie przepytywał na okoliczność "kontaktów z cudzoziemcami" - władza miała inne rzeczy na głowie.
Założyliśmy w Instytucie "Solidarność" - wstąpili do niej prawie wszyscy pracownicy. Trochę w niej działałem do stanu Wojennego, więcej później w "podziemiu" - ale to już inna bajka.


© 2008 Andrzej Łaptaś